Sława !
Siądźcie wygodnie, miodem się uraczcie i opowieści posłuchajcie co o pierwszej Wikingów wyprawie traktuje, jeno jeśliście wrażliwi to darujcie ją sobie bo krwawa, oj krwawa to opowieść. A więc było to tak...

Był letni, czerwcowy poranek 793 roku...

Daleko, daleko z porannych mgieł wysuwały się płynąc szybko z wiatrem, łodzie o dziwnych kształtach. Dla patrzących z przodu przypominały smoki lub inne gady, potwory z baśni, z zapomnianych legend, unoszące się z zawziętą wściekłością po morskich falach. Na każdej łodzi siedziało po kilkudziesięciu ludzi zbrojnych w hełmach, z przypiętymi mieczami, zatkniętymi za pas toporami. Tarcze zdobiły mocnym, słonecznym blaskiem brzegi burty łodzi, którymi płynęli. Po niedługim czasie ich oczom ukazał się w oddali skrawek lądu. Wysokie wznoszące się nadbrzeże było nagie, gdzieniegdzie tylko porośnięte trawą. Im bliżej byli brzegu tym wyraźniej widzieli dziwne budynki, zbudowane wysoko, daleko od brzegu, z dziwnymi wieżami uwieńczonymi krzyżami. Krzyżami - symbolami bólu, ucisku i nienawiści. Żeglarze-wojownicy znali już ten symbol, który otarł się o ich rodziny raniąc do krwi swymi ostrymi szponami. Oni przypłynęli go wyrwać wraz z korzeniami, jak chwast. Oni przypłynęli dla zemsty! Byli coraz bliżej... Z okien wieży zimnego, kamiennego klasztoru, puste oczy mnicha dostrzegły z oddali zbliżających się "gości". Jednak jego zaniepokojenie wzbudziła nie ilość, lecz wygląd łodzi, a także uzbrojeni ludzie, którzy płynęli w kierunku ich świętej wyspy, gnani wściekłością wiatru i szaleństwem fal. Mnich zszedł powoli z wieży i udał się do swojego przełożonego. Poinformował go o nadpływających gościach oraz o niewiadomym celu ich wyprawy. Jednogłośnie ustalono, że gości należy powitać, a o zagrożeniu nie myśleć ponieważ Bóg ich chroni. Łodzie były już blisko. Kilkunastu mnichów powoli schodziło skalistym zboczem nad brzeg morza. Łodzie powoli zbliżały się do brzegu. Wraz z każdym mlaśnięciem wioseł nadchodziło ku nim widmo śmierci, widmo straszliwej zemsty. Jeden z mnichów ruszył do przodu z uśmiechem i słowem bożym na ustach, którym witał gości. W oku rudobrodego wojownika błysnął jasnym blaskiem złoty krzyż wysadzany drogimi kamieniami. W głowie mu zaszumiało od nienawiści. Widział już takich ludzi z ich wiarą jak ze swoimi żołnierzami mordowali zwykłych, prostych ludzi i palili ich domy, całe wioski, dobytek, pola, zbiory... Szybkim ruchem topora odrąbał mu głowę i ruszył do przodu. Jego kamraci ryknęli radośnie, by za chwilę wrzawa przemieniła się w ryk mordu, wsród którego unosił się płacz mordowanych mnichów, okrzyki błagalne o litość, chrzęst miażdżonych kości oraz chlupot butów brodzących w kałużach krwi. Żaden z żeglarzy-wojowników nie próbował się zawahać przed zadaniem śmiertelnego ciosu mnichom, wszyscy znali świętą formułę północnych wojowników - Hoeggra ekki hyggiask (uderzaj i nie myśl), wszyscy jej przestrzegali i traktowali jak wojenną świętość. Gdy wszyscy mnisi byli już zabici, najgrubszy z wojów rozkazał pozabierać trupom wszelkie ozdoby, klejnoty, monety. Następnie nie czekając na kamratów ruszył do góry po skalistym nabrzeżu. Po chwili zatrzymał się i ryknął w stronę zabudowań klasztornych: Ver hik, her ek kom ! (Strzeżcie się, oto nadchodzimy). Za jego plecami uniósł się dziki okrzyk radości. Ruszyli biegiem pod górę. Bramy klasztoru stały otworem. Wbiegli nie zatrzymani przez nikogo. Przestraszone oczy i rozdziawione ze zdziwienia usta mnichów wypełniły się purpurową krwią, gdy nagie miecze calowały, kąsały ich ciała. Nie znający litości, bólu i strachu żeglarze-wojownicy mordowali wszystkich, którzy stanęli im na drodze. Nie ocalał nikt oprócz kilku młodych mnichów wziętych do niewoli. Wydano szybkie decyzje: zabrać cenne rzeczy, złoto, klejnoty, jedzenie i wino - resztę spalić, obrócić w popiół, aby po tym gnieździe os nie został nawet kamień na kamieniu. Tak też zrobiono. Radości żeglarzy-wojowników nie było końca. Chwalono wyprawę i głównodowodzącego za ogromny sukces zwycięstwa i olbrzymie łupy. Noc, która zakryła swym cieniem ścierwa pomordowanych chrześcijan dogoniła wojowników płynących w swych łodziach daleko, daleko na morzu, gdzie niesieni wiatrem i pieśnią na ustach pędzili do swojej ojczyzny, do swych domów. O bladym świcie dotarli do brzegu, gdzie żony czekały na mężów powracających z wyprawy. Kilka tygodni później chrześcijańską część Europy obiegła straszna wiadomość o barbarzyńcach, którzy napadli niewinne, chrześcijańskie owieczki i wymordowali wszystkie co do joty, spalili i obrabowali klasztor, wzięli do niewoli młodych mnichów... Była to pierwsza wyprawa żeglarzy-wojowników zwanych w Europie Normanami lub później Wikingami; pierwsza, która rozpoczęła serię, trwających około 250 lat, najazdów niszczących i wyrywających z korzeniami obcą wiarę przybyłą z południa, która pod płaszczem miłości, równości i dobrobytu zabierała ludziom wszystko, nawet wolność osobistą - dając w zamian niewolę i terror. Wikingowie na terror, odpowiedzieli terrorem... Na rzeź niewinnych, pogańskich ludów "nawracanych" chrześcijańskim ogniem i mieczem, odpowiedzieli rzezią. A było to dawno, dawno temu hen na wyspie odległej... Pozdrawiam !